"Obecność"
Po obejrzeniu „Obecności” czułam, hm obecność. Obecność tego
filmu we mnie jeszcze przez kilka ładnych minut. Dopiero, kiedy zaczęły się
napisy końcowe zdałam sobie sprawę z tego jak mocno ściskałam palce u rąk. Echo tych zdarzeń huczało mi w głowie. Dreszczyku dodawał fakt, iż w tym momencie byłam sama w domu, było kilka minut po 22:00. Lekka schiza? Możliwe. Poszłam sprawdzić, co u mojego psa, musiałam wyjść na zewnątrz. Przytuliłam się do niego, a on niechcący uderzył mnie w nos. Ból w pełni wrócił mi świadomość. Wróciłam do domu i przekręciłam zamek w drzwiach. Ulga.
Dopiero po tym mogłam wrócić myślami do scen z filmu.
Jest to amerykański horror z 2013, powstał w reżyserii Jamesa Wana.
Historia opowiada o dużej rodzinie, która wprowadza się do starego domu, nawiedzonego domu. Banał? Klasyk? Jednak jest w nim coś elektryzującego. Jest oparty na faktach.
Po wprowadzeniu zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Żona zauważa u siebie pojawiające się znikąd siniaki, obrazy spadają ze ścian, drzwi same się otwierają, jedna z córek lunatykuje, druga rozmawia z niewidzialnym chłopcem, kolejną budzi w nocy ciągnięcie za stopy. Z pewnością coś jest nie tak.
Małżeństwo udaje się po pomoc do państwa Warrenów, znanych badaczy zjawisk paranormalnych. Wprowadzają się oni do nich do domu. Odtąd zaczyna być jeszcze ciekawiej.
Bardzo podobało mi się utrzymanie klimatu z lat siedemdziesiątych. Piżamy, w których spały dziewczynki, stare meble, sprzęt elektroniczny. To wszystko pomagało wdrożyć się w tą historię, nadawało jej realności. Muzyka w filmie momentami dodawała napięcia, czasem sama cisza była niepokojąca. Scena finałowa? Brak słów, żeby to opisać.
Rzadko, który film jest w stanie wprowadzić mnie w otępienie. Tutaj to się udało. Bezwarunkowo.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz